Mapa strony
 
0,49 zł/min z VAT
Wybierz region
do
Wyjazd od
zł/os.
do
Cena od
 
 
Znajdź swoje
dodaj wspomnienie
Dodaj wspomnienie!
Podziel się swoimi
wrażeniami
z wycieczki
Oceń
 
 
 
 
 
 
Średnia ocena
dobre
Bliski Wschód 2001
autor: Tekst: Joanna Musiatewicz, Foto : Tomasz Rybicki
dodane: 2002-07-22
termin-wycieczki: lipiec 2001
4 - 6 lipca 2002

Przejazd ekspresem Ernest Malinowski z Warszawy do Bukaresztu to około 28 godzin podróży bardzo przyjemnym i, wbrew powszechnej opinii, czystym pociągiem. Podróż mija nam oczywiście na uważnym studiowaniu przewodników "Pascala" (dwa tomy: Turcja oraz Bliski Wschód).

Przyjemna atmosfera odchodzi w niepamięć w momencie opuszczenia pociągu w Bukareszcie. Stolica Rumunii wydaje się być miastem, które, mimo szczerych chęci, raczej trudno pokochać. W okolicach dworca Gara du Nord po brudnych, zagraconych podwórkach wałęsają się niedożywione koguty. Trochę lepsze wrażenie sprawia centrum z Placem Republiki i Ulicą Zwycięstwa - więcej tu znaków życia: ludzi, samochodów, sklepów, restauracji. A przede wszystkim mnóstwo świetnych antykwariatów, w których za pół dolara kupić można niezłą angielską, francuską lub niemiecką książkę oraz kin z bajecznie tanimi biletami (około 1 dolara).

[foto1]Balkan Express z Bukaresztu do Istambułu to znów miła niespodzianka. Czysty pociąg z wagonami sypialnymi, bezpłatną pościelą, kawą i herbatką parzoną przez tureckiego stewarda. Żyć nie umierać. Granice przekracza się szybko i bez kłopotów. Jedyną przykrością jest "obowiązkowa" taxa od bagażu na granicy rumuńsko-bułgarskiej (10$ za trzy plecaki). Żadne pertraktacje ani próby przekupstwa nie przynoszą rezultatu. Postawna matrona nie daje się przebłagać ani prośbą, ani logicznym argumentem, że w cenę biletu wliczony jest też bagaż i wypisuje jawnie "lewy" rachuneczek.

6 lipca 2001

Dojazd pociągiem do stambulskiego dworca Sirkeci zainteresuje pewnie każdego wielbiciela "egzotyki" w jej malowniczo-brudnym wydaniu. Mijamy walące się drewniane domy, z których okien wyglądają do nas urocze, choć raczej smutne, czarnookie dzieciaki.

Zatrzymujemy się w przyjemnym hotelu Süreyya w dzielnicy Sultanahmet, bardzo czystym i ogólnie sprawiającym pozytywne wrażenie, choć niestety z małymi współlokatorami w łóżkach gryzącymi w nocy niemiłosiernie.

Dzielnica Sultanahmet, jedna z centralnych dzielnic Stambułu, to dzielnica uniwersytecka, która bynajmniej nie należy do studentów, a do obywateli krajów zza naszej wschodniej granicy. Dwujęzyczne sklepowe szyldy, pisane po turecku i cyrylicą, są tu na porządku dziennym. Ulice należą głównie do małych chłopców z pustymi lub wypełnionymi po brzegi wózkami, dowożących ze sklepów do autokarów hurtowe ilości skór, podrabianych jeansów i bawełnianych piżam, które za kilka dni znajdą się między innymi na Stadionie Dziesięciolecia.

Pod Uniwersytetem spotykamy się z Karoliną i Sebastianem, którzy dojechali do Stambułu przez Ukrainę. Odtąd, prawie całą trasę do Aqaby, z małymi przerwami w Jordanii pokonywać będziemy we czwórkę. Pierwszy dzień postanawiamy przeznaczyć na odświeżenie znajomości ze Stambułem. Byliśmy tu rok temu i standartowe pozycje turystyczne takie jak Hipodrom, Hagia Sofia, Błękitny Meczet, Pałac Topkapi i Wysoką Portę mamy już "zaliczone". Staramy się więc ponownie "wczuć" w panującą tu atmosferę. Spacer koło Błękitnego Meczetu i Haga Sofia, pierwsze zakupy na Krytym Bazarze, pierwszy kebab i jabłkowa herbatka w malutkich szklaneczkach wprowadzają nas w turecki klimat.

Na ulicach pełno ludzi, jak kamikadze przemykających wśród trąbiących nieznośnie samochodów. Po obu stronach ciasnych pasaży handlowych i uliczek wokół Krytego Bazaru tysiące ustawionych według tematycznego klucza straganów i warsztatów. Świetnie zaopatrzone antykwariaty z wielojęzycznymi książkami i archiwalnymi numerami czasopism (m.in. National Geographic) przyciągają swoją bogatą ofertą.

Na straganie z tanią biżuterią na przystani promowej kupujemy obrączki z tombaku (na wszelki wypadek, by uniknąć nieprzyjemności przy nocowaniu w dormitoriach w Syrii i Jordanii). Odtąd jesteśmy małżeństwami.7 lipca 2001

Za oknem hotelu stambulskie życie w "pełnym rozkwicie": wszechobecni naganiacze i sprzedawcy w butikach głośno zachwalający swój towar, uliczni sprzedawcy smakowitego pieczywa obsypanego sezamem, owoców i orzeszków, czyścibuty, chłopcy roznoszący na srebrnych tacach małe szklaneczki z herbatą (moim zdaniem nieformalny symbol Istambułu) i klaksony samochodów od samego rana. Wszędzie panuje pozorny chaos. Pozorny, bo przecież tylko turyści nie mogą się w nim odnaleźć. Każdy z "tubylców" zna w nim swoje miejsce, swoją rangę, swoje zadanie do wykonania. I wykonuje je, trzeba przyznać, świetnie, szybko i sprawnie. Zadziwiająco sprawnie jeśli wziąć pod uwagę panujący tu upał.

8 lipca 2001

Spragnieni autentycznych, lokalnych wrażeń włóczymy się po Sultanahmet w poszukiwaniu taniej łaźni "dla tubylców". W wąskich, oddalonych od głównych arterii przecznicach, nie spotyka się prawie turystów. Na uliczkach bawią się słodko umorusane tureckie dzieciaki. W warsztatach rymarskich i szewskich produkowane są wyroby, które sprzedawane są nieopodal w "eleganckich", nastawionych na hurtowego odbiorcę, "rosyjskich" sklepach.

Decydujemy się na łaźnię w pobliżu akweduktu. Mała, zakamuflowana, wybitnie nastawiona tylko na obsługę miejscowej klienteli, z osobnym wejściem dla mężczyzn i kobiet ("turystyczne" są coraz częściej koedukacyjne).


Wchodzimy zlęknieni (a raczej zlęknione, bo chłopaki dawno już znikli nam sprzed oczu). Zaraz przy wejściu przechwytują nas dwie solidnej postawy Turczynki okutane w ręczniki. Na migi pokazują nam gdzie mamy się rozebrać. Za chwilę nagie i przestraszone zostajemy same w dużym, ciemnym pomieszczeniu, w którym z wyłożonych marmurem ścian, zaopatrzonych w metalowe kraniki, płynie gorąca i lodowato zimna woda.

Po kilkunastu minutach parówki, zostajemy wyszorowane gąbkami o fakturze drobnoziarnistego papieru ściernego (oczywiście wielokrotnego użytku - witaj grzybico!). I znów na przemian porcja ciepłej i zimnej wody oraz mycie połączone z masażem. Czujemy się jakby nasze ciało ulepione było z plasteliny. Każdy ucisk, który aplikują nam nasze masażystki jest mocny, nie ma nic wspólnego z delikatnością. Zmiana pozycji zapowiadana jest głośnym i bolesnym klapsem w pośladki. Niemniej jednak czujemy się jak w raju. Wystarczy tylko zamknąć oczy by poczuć się niemal jak faworyta sułtana. Wokół marmury i szum wody, a wyobraźnia podsuwa resztę: piękne materiały, wonne olejki, liście palm służące za wachlarze...

Stoimy na progu łaźni z Sebastianem, zastanwiając sie, czy wejsć. Idziemy zapytać dziewczyny - wchodzimy, czy nie.....już weszły. Krok w tył - i zostajemy porwani przez trajkoczącego Turka. O żadnej dyskusji nie ma nawet mowy. . Chwilę później siedzimy w łaźni pocąc się obficie i w marmurowej komnacie. Z kraników cieknie lodowata woda. Jest na przemian gorąco i lodowato. Jest dobrze. Po chwili przychodzą po nas. Dwóch rosłych Turków zabiera nas do umywalni. Ze zgrozą obserwujemy zostającą na rękawicach naszych oprawców skórę. Potem masaż. Czuję się jakbym stał sie ofiara operatora walca drogowego, który powol i metodycznie rozgniata moje członki.

Tubylcy patrzą na nas - blade...... twarze (miałem na myśli inną część ciała), leżące na środku łaźni i rozgniatane przez masażystów, jak na atrakcję turystyczną. Po chwili ich nie ma. Jeszcze chwilę wlaczymy z ogarniającą nas błogością (wyobraźnia podsuwa obrazy godne haremu sułtana) i wychodzimy, sprawdzając nasze nowe, czyste ciała, bez żalu zostawiając stare powłoki w kacie sali......


Wieczorem fundujemy sobie przejażdżkę promem na drugą, azjatycką stronę Bosforu. Z wody nocny Istambuł wygląda magicznie - rozświetlony nieskończoną ilością świateł. Mamy niesamowite szczęście - w drodze powrotnej towarzyszy nam ogromny, pomarańczowy Księżyc. Wisząc nad pałacem Topkapi urozmaica obraz magicznego Stambułu, na który składają się tysiące świateł ulicy, wysokie, szczupłe minarety i nigdy nie cichnący gwar wschodniego miasta.

10 lipca

Po raz pierwszy (choć oczywiście nie ostatni) zostaliśmy oszukani. Stambulskie biuro przewozowe Aksaray sprzedało nam bilety, nie tak, jak chcieliśmy do Nevşehir, ale do Aksaray. To prawda, że udało nam się wytargować cenę o 2 mln TL niższą od oficjalnego cennika, ale to nie uprawniało ich jeszcze do takiego oszustwa! I tak oto, wczesnym rankiem, zamiast znaleźć się w sercu Kapadocji, zostaliśmy wyrzuceni z autokaru w jakiejś niespecjalnie ciekawej mieścinie, a właściwie kilka kilometrów poza tą mieściną (turecko-arabska tradycja nakazuje chyba umieszczać dworce autobusowe na peryferiach miasta). Awantura na dworcu początkowo zaowocowała zapewnieniem, że nie będziemy musieli płacić za bilet na najbliższy autobus firmy Aksaray do Nevşehir (który miał, o zgrozo, odjechać wieczorem). W końcu, zapewniono nam bezpłatny i prawie natychmiastowy transport.

Dookoła dziwne, jakby "nalane" góry o nieprzyzwoitych, jednoznacznie "kojarzących się" (fallicznie, dla mniej domyślnych) kształtach. Krajobraz z lekka księżycowy. Mieszkania, jak termitiery, wykute w skałach, ewentualnie dobudowane do skał. Atmosfera senna. I wreszcie, na szczęście, niewielu turystów. Oto kilka pierwszych kapadockich wrażeń.

Zatrzymujemy się w małym, bardzo przyjemnym pensjonacie (nastawionym głównie na obsługę japońskich turystów) o nazwie Phoenix. Zmęczeni podróżą i kłótnią na dworcu nagle znajdujemy się jakby w środku sielanki. Przepiękny, troszkę kiczowato romantyczny taras pod liśćmi winogron zapewnia nam chwilę spokoju i cienia podczas opóźnionego śniadania.

Dziś dzień odpoczynku i rekonesansu. Po dłuuugiej sjeście, niezobowiązujący spacerek po miasteczku i jego okolicach. W samym centrum Göreme trudno ominąć Roma Kalesi, czyli wysoką kolumnę z tufu wulkanicznego ze szczątkami fasady rzymskiej świątyni wykutej w skale (dokładnie jedną, urwaną, wiszącą niemal w powietrzu kolumną). Obecnie komin ten służy za składzik żywności należący do pobliskiej restauracyjki. Tuż za ryneczkiem i minaretem stroma dróżka prowadzi na wzgórze, z którego szczytu rozciąga się rozległy widok na Göreme i okolicę. Jest to najbardziej popularne wśród turystów-fotografów miejsce, zwłaszcza podczas zachodu słońca, więc nie ma co liczyć na chwile samotnej kontemplacji.

11 lipca

Wycieczka do Göreme Açik Hava Müzesi, czyli kompleksu wykutych w skale kościołów obok Göreme jest pierwszym, na naszej trasie, spotkaniem z turystyczną legendą. Oczywiście, warto mieć je na swoim podróżniczym koncie, mimo że nie trudno o poczucie niedosytu, zawodu. Na pewno jest to cud natury, który, w połączeniu ze zdolnościami i pomysłowością człowieka, zachwyca, ale... Znów rzeczywistość ma niewiele wspólnego z bajecznymi obrazkami na plakatach.

W znajdujących się na terenie muzeum skalnych kominach na początku naszej ery wykuto pomieszczenia o niewielkich, zapewniających małą ilość światła oknach. Niektóre z nich ozdobione zostały prostymi freskami w kolorze ochry. Najpiękniejsze malowidła znajdują się Karanlik Kilise (Ciemnym Kościele). Nazwa pochodzi podobno od ciemności, które panują, a raczej panowały kiedyś, we wnętrzu świątyni. Brak światła miał przyczynić się do przetrwania żywych kolorów fresków przedstawiających między innymi Chrystusa Pantokratora.

Popołudnie zapewnia nam więcej "mocniejszych" wrażeń. Fundujemy sobie autostopową wycieczkę z Göreme do Ürgüp. Autostopową, ponieważ na trasie brak bezpośredniego publicznego transportu. Samochód o niezidentyfikowanej bliżej marce, mimowolnie kojarzący się ze starymi Ładami. W środku dwóch Turków i Turczynka plus nasza czwórka z plecaczkami i torbami na aparaty. Kierowca z gatunku "dżigitów" i otwierające się znienacka podczas jazdy drzwi. Ale udaje nam się dojechać... i to za darmo.

W samym Ürgüp, oprócz nie wyróżniającego się niczym specjalnym zabytkowego grobowca Altikapili Türbe, czeka na nas preludium do zabaw w Indianę Jones'a. Miejscowi "przewodnicy", na oko ośmioletni "partyzanci", proponują nam, w zamian za skromny bakszysz, wycieczkę do wykutych w skale pomieszczeń. Przez kilka minut prowadzą nas wąskimi korytarzami, oświetlając pogrążoną w egipskich ciemnościach drogę jedynie ogarkami świeczek, trzymanych we wnętrzu złożonych dłoni. Przejście kończy się górującej nad miasteczkiem półce skalnej z widokiem na okolicę.

wiecej ...... >>>> http://podroze.ryba.prv.pl <<<<
 
Marina Plaza
Hotel **** HB
Cena: 2443 zł
18.06 - 25.06
Mina
Hotel *** HB
Cena: 1949 zł
26.02 - 04.03
forum JORDANIA
FORUM [JORDANIA]