Mapa strony
 
0,49 zł/min z VAT
Wybierz region
do
Wyjazd od
zł/os.
do
Cena od
 
 
Znajdź swoje
dodaj wspomnienie
Dodaj wspomnienie!
Podziel się swoimi
wrażeniami
z wycieczki
Oceń
 
 
 
 
 
 
Średnia ocena
nie oceniono
Turcja, Syria i Jordania 2001
autor: Tomasz Rybicki trybicki@elka.pw.edu.pl i Joanna Musiatewicz
dodane: 2005-05-09
termin-wycieczki: 4 lipec - 7 sierpień 2001
4 - 6 lipca 2001

Przejazd ekspresem Ernest Malinowski z Warszawy do Bukaresztu to około 28 godzin podróży bardzo przyjemnym i, wbrew powszechnej opinii, czystym pociągiem. Podróż mija nam oczywiście na uważnym studiowaniu przewodników "Pascala" (dwa tomy: Turcja oraz Bliski Wschód).

Przyjemna atmosfera odchodzi w niepamięć w momencie opuszczenia pociągu w Bukareszcie. Stolica Rumunii wydaje się być miastem, które, mimo szczerych chęci, raczej trudno pokochać. W okolicach dworca Gara du Nord po brudnych, zagraconych podwórkach wałęsają się niedożywione koguty. Trochę lepsze wrażenie sprawia centrum z Placem Republiki i Ulicą Zwycięstwa - więcej tu znaków życia: ludzi, samochodów, sklepów, restauracji. A przede wszystkim mnóstwo świetnych antykwariatów, w których za pół dolara kupić można niezłą angielską, francuską lub niemiecką książkę oraz kin z bajecznie tanimi biletami (około 1 dolara).

Balkan Express z Bukaresztu do Istambułu to znów miła niespodzianka. Czysty pociąg z wagonami sypialnymi, bezpłatną pościelą, kawą i herbatką parzoną przez tureckiego stewarda. Żyć nie umierać. Granice przekracza się szybko i bez kłopotów. Jedyną przykrością jest "obowiązkowa" taxa od bagażu na granicy rumuńsko-bułgarskiej (10$ za trzy plecaki). Żadne pertraktacje ani próby przekupstwa nie przynoszą rezultatu. Postawna matrona nie daje się przebłagać ani prośbą, ani logicznym argumentem, że w cenę biletu wliczony jest też bagaż i wypisuje jawnie "lewy" rachuneczek.

6 lipca 2001

Dojazd pociągiem do stambulskiego dworca Sirkeci zainteresuje pewnie każdego wielbiciela "egzotyki" w jej malowniczo-brudnym wydaniu. Mijamy walące się drewniane domy, z których okien wyglądają do nas urocze, choć raczej smutne, czarnookie dzieciaki.

Zatrzymujemy się w przyjemnym hotelu Süreyya w dzielnicy Sultanahmet, bardzo czystym i ogólnie sprawiającym pozytywne wrażenie, choć niestety z małymi współlokatorami w łóżkach gryzącymi w nocy niemiłosiernie.

Dzielnica Sultanahmet, jedna z centralnych dzielnic Stambułu, to dzielnica uniwersytecka, która bynajmniej nie należy do studentów, a do obywateli krajów zza naszej wschodniej granicy. Dwujęzyczne sklepowe szyldy, pisane po turecku i cyrylicą, są tu na porządku dziennym. Ulice należą głównie do małych chłopców z pustymi lub wypełnionymi po brzegi wózkami, dowożących ze sklepów do autokarów hurtowe ilości skór, podrabianych jeansów i bawełnianych piżam, które za kilka dni znajdą się między innymi na Stadionie Dziesięciolecia.

Pod Uniwersytetem spotykamy się z Karoliną i Sebastianem, którzy dojechali do Stambułu przez Ukrainę. Odtąd, prawie całą trasę do Aqaby, z małymi przerwami w Jordanii pokonywać będziemy we czwórkę. Pierwszy dzień postanawiamy przeznaczyć na odświeżenie znajomości ze Stambułem. Byliśmy tu rok temu i standartowe pozycje turystyczne takie jak Hipodrom, Hagia Sofia, Błękitny Meczet, Pałac Topkapi i Wysoką Portę mamy już "zaliczone". Staramy się więc ponownie "wczuć" w panującą tu atmosferę. Spacer koło Błękitnego Meczetu i Haga Sofia, pierwsze zakupy na Krytym Bazarze, pierwszy kebab i jabłkowa herbatka w malutkich szklaneczkach wprowadzają nas w turecki klimat. Na ulicach pełno ludzi, jak kamikadze przemykających wśród trąbiących nieznośnie samochodów. Po obu stronach ciasnych pasaży handlowych i uliczek wokół Krytego Bazaru tysiące ustawionych według tematycznego klucza straganów i warsztatów. Świetnie zaopatrzone antykwariaty z wielojęzycznymi książkami i archiwalnymi numerami czasopism (m.in. National Geographic) przyciągają swoją bogatą ofertą.

Na straganie z tanią biżuterią na przystani promowej kupujemy obrączki z tombaku (na wszelki wypadek, by uniknąć nieprzyjemności przy nocowaniu w dormitoriach w Syrii i Jordanii). Odtąd jesteśmy małżeństwami.

7 lipca 2001

Za oknem hotelu stambulskie życie w "pełnym rozkwicie": wszechobecni naganiacze i sprzedawcy w butikach głośno zachwalający swój towar, uliczni sprzedawcy smakowitego pieczywa obsypanego sezamem, owoców i orzeszków, czyścibuty, chłopcy roznoszący na srebrnych tacach małe szklaneczki z herbatą (moim zdaniem nieformalny symbol Istambułu) i klaksony samochodów od samego rana. Wszędzie panuje pozorny chaos. Pozorny, bo przecież tylko turyści nie mogą się w nim odnaleźć. Każdy z "tubylców" zna w nim swoje miejsce, swoją rangę, swoje zadanie do wykonania. I wykonuje je, trzeba przyznać, świetnie, szybko i sprawnie. Zadziwiająco sprawnie jeśli wziąć pod uwagę panujący tu upał.

8 lipca 2001

Spragnieni autentycznych, lokalnych wrażeń włóczymy się po Sultanahmet w poszukiwaniu taniej łaźni "dla tubylców". W wąskich, oddalonych od głównych arterii przecznicach, nie spotyka się prawie turystów. Na uliczkach bawią się słodko umorusane tureckie dzieciaki. W warsztatach rymarskich i szewskich produkowane są wyroby, które sprzedawane są nieopodal w "eleganckich", nastawionych na hurtowego odbiorcę, "rosyjskich" sklepach.

Decydujemy się na łaźnię w pobliżu akweduktu. Mała, zakamuflowana, wybitnie nastawiona tylko na obsługę miejscowej klienteli, z osobnym wejściem dla mężczyzn i kobiet ("turystyczne" są coraz częściej koedukacyjne).

Wchodzimy zlęknieni (a raczej zlęknione, bo chłopaki dawno już znikli nam sprzed oczu). Zaraz przy wejściu przechwytują nas dwie solidnej postawy Turczynki okutane w ręczniki. Na migi pokazują nam gdzie mamy się rozebrać. Za chwilę nagie i przestraszone zostajemy same w dużym, ciemnym pomieszczeniu, w którym z wyłożonych marmurem ścian, zaopatrzonych w metalowe kraniki, płynie gorąca i lodowato zimna woda. Po kilkunastu minutach parówki, zostajemy wyszorowane gąbkami o fakturze drobnoziarnistego papieru ściernego (oczywiście wielokrotnego użytku - witaj grzybico!). I znów na przemian porcja ciepłej i zimnej wody oraz mycie połączone z masażem. Czujemy się jakby nasze ciało ulepione było z plasteliny. Każdy ucisk, który aplikują nam nasze masażystki jest mocny, nie ma nic wspólnego z delikatnością. Zmiana pozycji zapowiadana jest głośnym i bolesnym klapsem w pośladki. Niemniej jednak czujemy się jak w raju. Wystarczy tylko zamknąć oczy by poczuć się niemal jak faworyta sułtana. Wokół marmury i szum wody, a wyobraźnia podsuwa resztę: piękne materiały, wonne olejki, liście palm służące za wachlarze... Stoimy na progu łaźni z Sebastianem, zastanwiając sie, czy wejsć. Idziemy zapytać dziewczyny - wchodzimy, czy nie.....już weszły. Krok w tył - i zostajemy porwani przez trajkoczącego Turka. O żadnej dyskusji nie ma nawet mowy. . Chwilę później siedzimy w łaźni pocąc się obficie i w marmurowej komnacie. Z kraników cieknie lodowata woda. Jest na przemian gorąco i lodowato. Jest dobrze. Po chwili przychodzą po nas. Dwóch rosłych Turków zabiera nas do umywalni. Ze zgrozą obserwujemy zostającą na rękawicach naszych oprawców skórę. Potem masaż. Czuję się jakbym stał sie ofiara operatora walca drogowego, który powol i metodycznie rozgniata moje członki. Tubylcy patrzą na nas - blade...... twarze (miałem na myśli inną część ciała), leżące na środku łaźni i rozgniatane przez masażystów, jak na atrakcję turystyczną. Po chwili ich nie ma. Jeszcze chwilę wlaczymy z ogarniającą nas błogością (wyobraźnia podsuwa obrazy godne haremu sułtana) i wychodzimy, sprawdzając nasze nowe, czyste ciała, bez żalu zostawiając stare powłoki w kacie sali......

Wieczorem fundujemy sobie przejażdżkę promem na drugą, azjatycką stronę Bosforu. Z wody nocny Istambuł wygląda magicznie - rozświetlony nieskończoną ilością świateł. Mamy niesamowite szczęście - w drodze powrotnej towarzyszy nam ogromny, pomarańczowy Księżyc. Wisząc nad pałacem Topkapi urozmaica obraz magicznego Stambułu, na który składają się tysiące świateł ulicy, wysokie, szczupłe minarety i nigdy nie cichnący gwar wschodniego miasta.

10 lipca

Po raz pierwszy (choć oczywiście nie ostatni) zostaliśmy oszukani. Stambulskie biuro przewozowe Aksaray sprzedało nam bilety, nie tak, jak chcieliśmy do Nevşehir, ale do Aksaray. To prawda, że udało nam się wytargować cenę o 2 mln TL niższą od oficjalnego cennika, ale to nie uprawniało ich jeszcze do takiego oszustwa! I tak oto, wczesnym rankiem, zamiast znaleźć się w sercu Kapadocji, zostaliśmy wyrzuceni z autokaru w jakiejś niespecjalnie ciekawej mieścinie, a właściwie kilka kilometrów poza tą mieściną (turecko-arabska tradycja nakazuje chyba umieszczać dworce autobusowe na peryferiach miasta). Awantura na dworcu początkowo zaowocowała zapewnieniem, że nie będziemy musieli płacić za bilet na najbliższy autobus firmy Aksaray do Nevşehir (który miał, o zgrozo, odjechać wieczorem). W końcu, zapewniono nam bezpłatny i prawie natychmiastowy transport.

Dookoła dziwne, jakby "nalane" góry o nieprzyzwoitych, jednoznacznie "kojarzących się" (fallicznie, dla mniej domyślnych) kształtach. Krajobraz z lekka księżycowy. Mieszkania, jak termitiery, wykute w skałach, ewentualnie dobudowane do skał. Atmosfera senna. I wreszcie, na szczęście, niewielu turystów. Oto kilka pierwszych kapadockich wrażeń.

Zatrzymujemy się w małym, bardzo przyjemnym pensjonacie (nastawionym głównie na obsługę japońskich turystów) o nazwie Phoenix. Zmęczeni podróżą i kłótnią na dworcu nagle znajdujemy się jakby w środku sielanki. Przepiękny, troszkę kiczowato romantyczny taras pod liśćmi winogron zapewnia nam chwilę spokoju i cienia podczas opóźnionego śniadania.

Dziś dzień odpoczynku i rekonesansu. Po dłuuugiej sjeście, niezobowiązujący spacerek po miasteczku i jego okolicach. W samym centrum Göreme trudno ominąć Roma Kalesi, czyli wysoką kolumnę z tufu wulkanicznego ze szczątkami fasady rzymskiej świątyni wykutej w skale (dokładnie jedną, urwaną, wiszącą niemal w powietrzu kolumną). Obecnie komin ten służy za składzik żywności należący do pobliskiej restauracyjki. Tuż za ryneczkiem i minaretem stroma dróżka prowadzi na wzgórze, z którego szczytu rozciąga się rozległy widok na Göreme i okolicę. Jest to najbardziej popularne wśród turystów-fotografów miejsce, zwłaszcza podczas zachodu słońca, więc nie ma co liczyć na chwile samotnej kontemplacji.

11 lipca

Wycieczka do Göreme Açik Hava Müzesi, czyli kompleksu wykutych w skale kościołów obok Göreme jest pierwszym, na naszej trasie, spotkaniem z turystyczną legendą. Oczywiście, warto mieć je na swoim podróżniczym koncie, mimo że nie trudno o poczucie niedosytu, zawodu. Na pewno jest to cud natury, który, w połączeniu ze zdolnościami i pomysłowością człowieka, zachwyca, ale... Znów rzeczywistość ma niewiele wspólnego z bajecznymi obrazkami na plakatach.

W znajdujących się na terenie muzeum skalnych kominach na początku naszej ery wykuto pomieszczenia o niewielkich, zapewniających małą ilość światła oknach. Niektóre z nich ozdobione zostały prostymi freskami w kolorze ochry. Najpiękniejsze malowidła znajdują się Karanlik Kilise (Ciemnym Kościele). Nazwa pochodzi podobno od ciemności, które panują, a raczej panowały kiedyś, we wnętrzu świątyni. Brak światła miał przyczynić się do przetrwania żywych kolorów fresków przedstawiających między innymi Chrystusa Pantokratora.

Popołudnie zapewnia nam więcej "mocniejszych" wrażeń. Fundujemy sobie autostopową wycieczkę z Göreme do Ürgüp. Autostopową, ponieważ na trasie brak bezpośredniego publicznego transportu. Samochód o niezidentyfikowanej bliżej marce, mimowolnie kojarzący się ze starymi Ładami. W środku dwóch @urków i Turczynka plus nasza czwórka z plecaczkami i torbami na aparaty. Kierowca z gatunku "dżigitów" i otwierające się znienacka podczas jazdy drzwi. Ale udaje nam się dojechać... i to za darmo.

W samym Ürgüp, oprócz nie wyróżniającego się niczym specjalnym zabytkowego grobowca Altikapili Türbe, czeka na nas preludium do zabaw w Indianę Jones'a. Miejscowi "przewodnicy", na oko ośmioletni "partyzanci", proponują nam, w zamian za skromny bakszysz, wycieczkę do wykutych w skale pomieszczeń. Przez kilka minut prowadzą nas wąskimi korytarzami, oświetlając pogrążoną w egipskich ciemnościach drogę jedynie ogarkami świeczek, trzymanych we wnętrzu złożonych dłoni. Przejście kończy się górującej nad miasteczkiem półce skalnej z widokiem na okolicę.

12 lipca

Po wczorajszych wędrówkach wśród lejącego się z nieba żaru przyszła pora na zejście pod powierzchnię i zwiedzenie dwóch kapadockich podziemnych miast, czyli Yeralti Şehri znajdujących się na południe od Nevşehir przy drodze do Nigde. Wybór padł na Kaymakli i Derinkuyu, gdzie kontynuujemy rozpoczęte w Ürgüp zabawy w nieustraszonych odkrywców i tropicieli zagadek historii, skacząc, po wąskich, czasem zupełnie nieoświetlonych salkach i korytarzach. Zdaniem niektórych archeologów, powstały one 4 tys. lat temu, a zamieszkiwane były do VIII lub VII w. p.n.e. Służyły głównie jako miejsce schronienia podczas wojen, kiedy to miejscowa ludność schodziła pod ziemię często nawet na kilka miesięcy. Do dziś zachowało się wiele śladów pozostawionych po dawnych mieszkańcach: spichlerze, a w nich nisze - zbiorniki na żywność, czy okopcone dymem z ognisk pomieszczenia, w których nie trudno rozpoznać kuchnie. Co ciekawe, inaczej niż w podobnych miejscach w Europie, trudno natknąć się tu na gaśnicę, barierki pojawiają się sporadycznie, a ostrzeżeń przed niebezpieczeństwem uświadczyć niepodobna. Wydawałoby się, że turystów spotkamy tu niewielu. Niestety, nie udaje nam się uciec od zorganizowanych wycieczek.

13 lipca

Dziś chyba najciekawsza część Kapadocji: dużo pięknych krajobrazów i jeszcze więcej skalnych osad. Rano odwiedzamy Kościół Św. Symeona i towarzyszący mu kompleks pomieszczeń wykutych w skalnych kominach oraz świetny punkt widokowy na pobliskim wzgórzu-wydmie. Wszystko położone przy drodze z Göreme do Zelve. Ot, po prostu ciekawy punkt "do zobaczenia" i kilka straganików z pamiątkami, ale jakoś mniej tu komercji i mniej turystów formujących zgrabne i cierpliwe "ogonki" przed wejściami do ważnych obiektów.

Po trzykilometrowym spacerku asfaltową drogą, w lejącym się z nieba żarze, docieramy do Zelve Açik Hava Müzesi. Tu oczekuje na nas kolejna sieć pomieszczeń mieszkalnych i kościołów wykutych w skale, może mniej "atrakcyjnych" turystycznie niż Göreme (nie ma tu właściwie fresków), ale za to stawiających zwiedzającym znacznie większe wyzwania. Brak wybetonowanych szlaków między skałkami skutecznie zniechęca co bardziej wygodnych podróżników, a przewodniki ostrzegają przed niebezpieczeństwem grożącym ze strony źle zabezpieczonych przed erozją półek skalnych.

Po chwili spędzonej w herbaciarni w Zelve decydujemy się przebyć na piechotę kilka kilometrów, które dzielą nas od Doliny Baśniowych Kominów (Peribacalar Vadisi). W połowie drogi udaje nam się na szczęście złapać autostop i dalszą część trasy pokonujemy w otwartym jeepie wraz amerykańskim małżeństwem. Słuchając naszej opowieści (odpowiedzi na pytania: skąd i dokąd jedziemy i dlaczego w szczycie południowego skwaru maszerujemy po rozgrzanym niemiłosiernie asfalcie?) wydają się być niemal przerażeni. Tylko "crazy Polish people" mogli wpaść na tak niedorzeczny dla nich pomysł. Swoją drogą, ich sposób podróżowania, czyli jeep z odkrytym dachem bardzo przypadł nam do gustu: romantyczno-zawadiacki wiatr we włosach, a po obu stronach drogi migające w szybkim tempie skalne "grzybki".

14 lipca

Dzień mniej obfitujący we wrażenia w porównaniu z dotychczasowymi, który upływa głównie pod znakiem podróży. By jak najtaniej dostać się do Syrii zdecydowaliśmy się na wariant "kombinowany", czyli wieloprzesiadkowy. Najpierw autobus z Göreme do Adany, a następnie z Adany do Antakyi. Niestety dojeżdżamy tu dopiero wieczorem, za późno, by znaleźć jeszcze autobus do Aleppo w Syrii. Kupujemy więc bilety na następny dzień, a noc spędzamy na karimatach w jednym z biur przewozowych.

Tu miejsce na krótką dygresję o tureckich środkach transportu. Z pociągów nie korzystaliśmy, ale nie polecają ich nawet pracownicy kolei. Jadą dwa, a nawet trzy razy dłużej niż autobusy, a o ich zatłoczeniu lepiej nie wspominać. Turcja to kraj nastawiony na komunikację autobusową. Krótsze trasy obsługiwane są przez tzw. dolmuşe, czyli minibusy. Czasem klimatyzowane, zawsze bardzo wygodne i dość szybkie. Dłuższe trasy należą do luksusowych autobusów z klimatyzacją i barkiem, obsługiwanych przez eleganckich stewardów, podających bezpłatną wodę mineralną, gorące napoje, czasem ciasteczka, a przede wszystkim rewelacyjną cytrynową wodę kolońską do odświeżenia rąk. W panującym tu upale, jest to rzeczą zbawienną.

15 lipca

Rano przekraczamy granicę turecko-syryjską i wreszcie czujemy się w pełni atmosferę Wschodu. Bezlitośnie grzejące słońce i gorący, pustynny wiatr. Mężczyźni w jasnych galabijach, kobiety w czarnych abajach. Mnóstwo syryjskich, zdezelowanych, żółtych taksówek. Na ścianach terminalu i billboardach przy drodze portery "władców" czyli nieżyjącego prezydenta Asada, jego syna - obecnego prezydenta oraz stryja Rifaata - głównodowodzącego syryjskich sił zbrojnych. A do tego poczucie prawie całkowitego odcięcia od świata, w dobie telefonów komórkowych niemal nie odczuwane - żadna z polskich telefonii komórkowych nie podpisała umowy o roamingu z Syrią.

Natychmiast udziela nam się jakieś dziwne podekscytowanie, dreszczyk emocji towarzyszący przedsięwzięciom wyglądającym na niebezpieczne. I choć o żadnym niebezpieczeństwie nie może być mowy, dla świętego spokoju wkładamy na palce tombakowe obrączki, a w granicznych deklaracjach, w rubryce "wife" wpisujemy nazwiska swej drugiej połowy. Jak się później kilka razy okazało nie była to przesadna ostrożność, bowiem nocleg w dwuosobowym pokoju z "nieślubnym" lub "nieślubną" nie jest tu mile widziany. Jeszcze krótki wywiad przy okienku paszportowym, gdzie groźnie wyglądający celnik wpisuje datę wjazdu na tytułowej stronie naszych paszportów i, wreszcie oficjalnie, przekraczamy granicę Bliskiego Wschodu.

Po godzinie podróży docieramy do Aleppo. I znów krótka dygresja o autobusach. Publiczny transport w Syrii nie umywa się do opisanego wcześniej transportu tureckiego. Autobusy dalekobieżne to w najlepszym razie lepsze "ogórki", o obsługujących krótsze trasy nie wspominając. Nie ma co liczyć na gorące napoje ani butelkowaną wodę. Za to strumieniami leje się zamrożona niemal na lód kranówka, której towarzyszą cukierki (chyba dla zabicia jej okropnego smaku). Last but not least, drogi też nie takie jak w Turcji. Ale da się wytrzymać. Zwłaszcza, że dystanse dużo krótsze, a urok ozdóbek, którymi autobusy obwieszone są na zewnątrz i wewnątrz rekompensuje wszelkie niedogodności. Można na przykład podziwiać ogromne kalkomanie z portretami prezydentów, nie rzadko zasłaniające pół przedniej lub całą tylną szybę. Do tego kolorowe proporczyki, oka proroka, różańce i koraliki. A wszystko to okraszone migającymi lampkami choinkowymi. Prawdziwe dzieła sztuki.

Początkowo Aleppo zawodzi. Nie przypomina w niczym "Paryża Wschodu", jak szumnie opisują go przewodniki. Arabski wschód szokuje brudem, bałaganem, hałasem, a Aleppo to przysłowiowa "brama do arabskiej części Azji". Powoli jednak, spacerując wąskimi uliczkami, można przekonać się do jego osobliwego uroku.

Aleppo szczyci się mianem jednego z najstarszych, nieprzerwanie zamieszkanych miast na ziemi. Jego początki sięgają X w. p.n.e. Według legendy założył je prorok Abraham podczas swej wędrówki do kraju Kanaan. To tu, w miejscu, gdzie obecnie wznoszą się monumentalne mury cytadeli, miał wydoić swoją krowę. Arabska nazwa Aleppo - Halab - pochodzić ma od słowa halib, które po arabsku oznacza mleko.

Arabska dynastia Umayyadów ufundowała najstarszy, a jednocześnie jeden z najpiękniejszych syryjskich meczetów, porównywany z Wielkim Meczetem Damasceńskim. Naszą uwagę przykuwa zwłaszcza bogato rzeźbiony drewniany minbar, czyli muzułmańska ambona oraz relikwiarz z głową Zachariasza, ojca Jana Chrzciciela i patrona meczetu.

Dziełem dynastii Ayyubidów jest natomiast ogromna cytadela, dziś jednogłośnie uznawana za symbol miasta. Usytuowana na znajdującym się niemal w centrum miasta wzgórzu dumnie spogląda na otaczający ją suq. Przechadzając się po jej zakamarkach koniecznie odwiedzić trzeba salą tronową. Wyjątkowe wrażenie robi zwłaszcza misterny żyrandol i finezyjnie rzeźbione drewniane panele ścienne oraz bogata ornamentyka sufitu.

Po podboju przez Turków Osmańskich Aleppo stało się trzecim co do ilości mieszkańców miastem Imperium po Istambule i Kairze. To właśnie z tego okresu pochodzi większość zachowanych do tej pory domów mieszkalnych. Wybudowane z biało-szarych płyt wapiennych, jedno- lub dwupiętrowe budynki, za grubymi, wysokimi murami i masywnymi bramami kryją zaciszne, ocienione bujną roślinnością podwórka. To tu, bogaci kupcy, odpoczywali od zgiełku miasta, wsłuchując się w szum pięknie rzeźbionych fontann.

Aleppo to jednak przede wszystkim centrum handlowe. Tutejsi kupcy od wieków rywalizują z Damaszkiem o palmę pierwszeństwa w arabskim handlu. Uznają się za bardziej otwartych, elastycznych i energicznych niż leniwi mieszkańcy Damaszku. I rzeczywiście sprzedają niemal wszystko od żywności po jedwab, bawełnę, wyroby skórzane oraz złotą i srebrną biżuterię. Ulice Aleppo to ogromny, ciągnący się kilometrami suq. Spacer wąskimi uliczkami, wśród wylewających się ze sklepików towarów to możliwość cofnięcia się w czasie o kilkaset lat. Ludzie i zwierzęta, podobnie jak przed wiekami, wciąż płyną nieprzerwanym strumieniem kilometrami bazarowych alejek. Dookoła istna orgia smaków, zapachów, kolorów, odgłosów. Kupony kolorowych materiałów, komplety wystawnej, jedwabnej pościeli, zwisające ze ścian i wieszaków naręcza świecidełek, piramidy ustawione z kostek nasączonych wonnymi olejkami mydeł. A przede wszystkim wiercący w nosie zapach bajecznie kolorowych przypraw, herbaty i świeżo mielonej kawy. I niesamowity hałas: nawoływania reklamujących swój towar sprzedawców, krzyki targujących się kobiet... Trzeba tylko uważać by nie zapuścić się, tak jak my, zbyt głęboko w spożywczą część bazaru. Rozkładające się na słońcu mięso, oliwki w octowych zalewach, kozie sery wyeksponowane w plastikowych pojemnikach i suszący się na chodniku chleb pita to zbyt dużo jak dla przeciętnego europejskiego oka i nosa.

Centrum Aleppo niewiele zmieniło się od czasów Umayyadów, Mameluków czy Turków Osmańskich. Jedynym świadectwem nowoczesności są konkurujące z tradycyjnymi osiołkami, malutkie samochody dostawcze SUZUKI, jedyne na tyle wąskie by móc przecisnąć się przez bazarowe alejki.

A wieczorem, na dachu Spring Flower Hotel długa, międzynarodowa polsko-arabska dyskusja o obyczajach i warunkach życia kobiet w Europie i krajach muzułmańskich. Naszym antagonistą w sporze jest przesympatyczny Kurd, poeta i poliglota w jednej osobie. Mówi swobodnie w kilku językach: arabskim, kurdyjskim, tureckim, rosyjskim, angielskim, francuskim i japońskim, co więcej pisze w nich smutne, bardzo nastrojowe, egzystencjalne wiersze. Szkoda tylko, że w dyskusji o kulturze powiela wszechobecne również w Europie stereotypy, odwracając je tylko o 180 stopni. Według niego kobieta europejska nie ma żadnych praw, nie cieszy się żadnym szacunkiem, jest wykorzystywana i ciemiężona, a do tego chyba głupia, skoro tego nie zauważa i zgadza się na takie traktowanie. Co innego kobieta arabska...

16 lipca

Latakia to kolejne miasto, które, według przewodników powinno zachwycać swym wschodnim charakterem. Niestety, zaczynamy być powoli tym "magicznym Orientem" zmęczeni.

Rano trzygodzinny przejazd z Aleppo do Latakii, potem godzinna wędrówka z dworca do centrum i poszukiwanie niedrogiego, acz przyzwoitego hotelu, a wreszcie próba dotarcia do pobliskiego zamku krzyżowców Qala'at Salah ad-Din. Ponieważ na publiczny bezpośredni transport w te rejony nie ma co liczyć, decydujemy się na polecany przez przewodniki wariant "kombinowany": najpierw dojazd minibusem do wioski Al-Haffa, a następnie taksówkę do zamku. Udaje nam się zrealizować jedynie pierwszą część trasy. W Latakii w ciemno łapiemy autobus do al-Haffy. W ciemno, bo nie jesteśmy przecież w stanie przeczytać "robaczków", które wypisane są na przedniej szybie autobusu. Po półgodzinnej drodze przez podejrzane zarośla i dziwne zakamarki docieramy w końcu do Al-Haffy. Na miejscu okazuje się jednak, że nikt o interesującym nas zamku nie słyszał. Dla Syryjczyków nie ma jednak rzeczy niemożliwych. Po kilkuminutowych, podejrzanych, jak na nasze nosy, naradach, zgłasza się kilku taksówkarzy, którzy, za wprost bajońskie sumy, oferują, że dowiozą nas, gdzie tylko sobie zażyczymy. Nie chcąc ryzykować, decydujemy się jednak wrócić jak najszybciej do Latakii, czym wprawiamy w niemałe zdumienie tutejszych mieszkańców. Bo i sytuacja zdaje się być dość komiczna: dwoje, nieczęsto na tych szlakach spotykanych turystów, przejechało specjalnie 40 km z Latakii do małej, rzadko przez obcych odwiedzanej wioseczki, wysiadło na dwie minuty z minibusu, by za chwilę wsiąść do niego i z powrotem pokonać trasę do Latakii.

Po powrocie to Latakii pozostaje nam tylko włóczenie się po mieście, bynajmniej jednak nie bezcelowe. Przez godzinę poszukujemy miejsca, gdzie moglibyśmy nabyć wodę mineralną i zaopatrzyć się w prowiant na następny dzień. Jak się okazuje, znalezienie w Syrii przyzwoicie zaopatrzonego sklepu spożywczego graniczy niemal z cudem. Ulice pełne są lepszych i gorszych knajpek, w których jedyną pozycją z menu jest sprzedawany na wynos falafel, czyli smażone kulki z ciecierzycy, z plasterkiem pomidora, kiszonym ogórkiem, sosem oraz liściem mięty, zawinięte w gruby, czasem ciepły, placek pita. Nie brak też cukierni z przepysznymi słodyczami. Jednak zwykły sklep spożywczy z pieczywem, nabiałem, wędliną i napojami to w Syrii prawdziwy rarytas. Jeśli nie chce się jeść cały czas pity, pozostają suchary lub obwarzanki posypane sezamem, kupowane od ulicznych sprzedawców. Jogurt musi zostać zastąpiony smacznym, ale nie do wszystkiego pasującym, słonawym ayranem.

Szukając prowiantu zwiedzamy jednocześnie miasto. Latakia to niezbyt ładny port i centrum przemysłowe w jednym. Po ulicach przelewają się fale żółtych taksówek, od zdezelowanych mercedesów z lat 60., po najnowsze ekskluzywne modele. Bazary i butiki okupowane są przez młode, ubrane po "europejsku" dziewczyny. Królują tu obcisłe spodnie, najlepiej w kolorze fiołkowym lub różowym i bardzo ostre makijaże.

Jedyny miejski park wieczorami zmienia się w ogromny piknik. Stragany z ostrygami, prażonymi pestkami słonecznika i gotowaną w kotłach kukurydzą zaopatrują w prowiant palących fajkę wodną i grających w trik-traka mężczyzn, plotkujące kobiety i rozwrzeszczane dzieci. Pobliskim nadmorskim deptakiem przechadzają się młode, spragnione samotności pary.

17 lipca

Przed południem buszujemy po bazarze w Latakii, a po południu wsiadamy w autobus do Homs. To tu przeżywamy jedne z najcięższych chwil podczas naszej podróży. Homs wywołuje w przyjezdnych co najmniej mieszane uczucia. Z jednej strony to miasto wybitnie arabskie w swym charakterze, centrum przemysłowo-handlowe, z mnóstwem sklepów sprzedających praktycznie wszystko. Z drugiej, jest to miejsce wybitnie nieprzyjazne dla turystów, bo też praktyczne się tu ich nie spotyka. Stanowią oni ewenement na ulicach, w sklepach, w hotelach, atrakcję, która urozmaica mieszkańcom monotonię życia. Z turystów można się pośmiać, można im podokuczać, a nawet obrzucić kamieniami... Najbardziej uciążliwe są tutejsze dzieci, przewyższając wszystkie spotkane przez nas arabskie maluchy w domaganiu się nieuzasadnionego niczym bakszyszu. Całe szczęście, że Homs to dla nas jedynie miejsce noclegowe i baza wypadowa do Crac de Chevaliers.

Kiedy wysiedliśmy z autobusu,okazało się, że dworzec wcale nie jest w centrum miasta, i że nikt nie mówi po angielsku, niemiecku, rosyjsku, francusku tudzież winnymcywilizowanym języku (nie żebyśmy my je znali, ale nie zaszkodziło zapytać). Tubylcy, znajacy tylko kilka podstawowych zwrotów (hotel, how much, where are you from, welcome to Syria) byli niezbyt pomocni. Horda dzieciaków ciagnąca się za nami od dworca, brak widocznego w pobliżu jakiegokolwiek centrum zwiasutjacego hotele, wszechobecne śmieci i brud oraz zachodzące słońce nie nastrajało nas optymistycznie. Jak się miało okazać najwyraźniej nie my pierwsi byliśmy w takiej sytuacji. Kiedy tuż po tym jak kolejny indagowany autochton nie potrafił nam pomóc i wlekliśmy się smętnie w kierunku majaczących na horyzoncie budynków wyglądających jak centrum miasta zaczepił nas mundurowy. Pełnił wartę nieopodal i mimo niemal żadnej znajomości języka starał się nam pomóc. Wskazawszy nam kierunek "na hotel" rzucił z uśmiechem w naszym kierunku zdanie, które (nie wydawał się znać angielskiego w takim stopniu) musiał usłyszeć od jakiegoś turysty : I wish I had never seen you again....

18 lipca

Rano, minibusem z Homs docieramy do Crac de Chevaliers, czyli arabskiego Qala'at al-Hosn. Warto było znosić trudy życia w Homs, by zobaczyć ten malowniczo położony, zamek z czasów wypraw krzyżowych. Choć, oczywiście, daleko mu do ogromu i wyniosłości naszego Malborka, jednak nie sposób odmówić uroku jego surowym szarym murom, przestronnym salom, tajemniczym, pogrążonym w mroku zaułkom... Wiatr gwiżdże w odkrytych galeriach, promienie słońca przedzierają się przez wąskie lufciki... miejsce idealne do snucia rycersko-średniowiecznych fantazji.

Po południu, typowo syryjskim, przystrojonym świecidełkami autobusem z rodzaju "ogórków" przerzucamy się z Homs do Palmiry. Dwugodzinna podróż stanowi atrakcję samą w sobie. Po pierwsze komfort jazdy - siedząc na taboretach w przejściu między fotelami odczuwamy dotkliwie nierówności wyboistej, pustynnej drogi. Po drugie - przesuwające się za oknem krajobrazy. Tu zaczyna się nasza przygoda z pustynią: pomarańczowy piasek i karłowate szaro-zielone krzaczki ciągną się po horyzont. Jedyne zabudowania należą do stacjonujących tu jednostek wojskowych.

Późnym popołudniem docieramy do Palmiry. Witają nas wyłaniające się niemal jak Sfinks z popiołów, ruiny starożytnej oazy: Świątynia Baala i imponująca kolumnada. Palmira, ("miasto palm"), przed naszą erą znana jako Tadmor ("miasto daktyli") to pustynna oaza, która przez wieki była obowiązkowym przystankiem dla karawan wędrujących szlakiem znad Zatoki Perskiej do wybrzeża Morza Śródziemnego. Czasy jej największej prosperity przypadają na okres panowania rzymskiego, kiedy Palmira, jako jedna z największych oaz na Pustyni Syryjskiej, odgrywała rolę pomostu pomiędzy światem śródziemnomorskim a Orientem. Pochodzące z tego okresu zabytki ujawniają ogromne bogactwo mieszkańców oazy. Możni kupcy i wybitni obywatele uwiecznili się na fundowanych przez siebie posągach, kolumnach, płaskorzeźbach, a przede wszystkim w epitafiach i freskach zdobiących ściany piętrowych grobowców.

Dziś, mieszkańcy Palmiry utrzymują się głównie z turystyki i ogrodnictwa. Nie trudno znaleźć tu tani i przyzwoity hotel, czy dobrą knajpkę ze zróżnicowanym menu. Znęceni "egzotycznym" w tym miejscu szyldem "Pancakes" udajemy się na szaleńczo drogie, ale polecane przez międzynarodową śmietankę turystyczną, naleśniki. Wpisy w książce gości zdradzają, podobną do naszej, kulinarną desperację wszystkich podróżujących po Syrii turystów - gotowość zjedzenia i zachwycenia się wszystkim co nie jest falafelem.

Wieczorem, po powrocie ze spaceru w ruinach, zostajemy napadnięci przez chmarę palmirskich dzieci i oskubani z całego zapasu przywiezionych z Polski słodyczy. Trudno im jednak odmówić. Są niesamowite - brudne, rozczochrane, rozkrzyczane... Nie sposób przejść koło nich obojętnie, nie przyłączyć się do zabawy, choć komunikacja jest raczej ograniczona. Jedyne angielskie zdanie jakie znają to "What's your name?", wykrzykują je zresztą bez przerwy, niezależnie od tego ile razy uzyskały już na nie odpowiedź.

19 lipca

Dziś dokładne zwiedzanie Palmiry. Z samego rana Muzeum Etnograficzne. Dość skromne i skostniałe wystawy z przerażającymi, odrapanymi manekinami, raczej nie porażają pomysłowością i zmysłem artystycznym ich twórców. Niedostatki estetyczne rekompensują jednak mili pracownicy, którzy bardzo chętnie i wyczerpująco odpowiadają na wszelkie pytania dotyczące arabskiej, a zwłaszcza beduińskiej kultury.

Bogate w eksponaty i z pewnością warte odwiedzenia jest Muzeum Archeologiczne. Prezentowane są tu rzeźby, fragmenty nagrobków, naczynia, biżuteria i inne "archeologiczne drobiazgi". Niespecjaliści mogą jednak czuć się wśród nich troszkę zagubieni, bo opisy w europejskich językach należą niestety do rzadkości.

Wielkich kłopotów przysporzyła nam Świątynia Baala, najlepiej zachowany kompleks palmirskich ruin, jedyny, w którym obowiązują bilety wstępu. Jak wszędzie w Syrii uznawana jest tu karta ISIC i, jak wszędzie, różnica cen pomiędzy biletem normalnym a ulgowym wynosi, bagatela, 285 SL (ponad 5.5$)! Z powodu licznych fałszerstw w kasie uznają jednak tylko karty wypisane maszynowo, co w Polsce należy jeszcze do rzadkości. Zresztą, jak się okazuje, nie tylko w Polsce, bo spotkani przed wejściem do świątyni Anglicy też mają ten sam problem. Nie pomagają żadne wyjaśnienia. Anglicy, ze zrezygnowaną miną, kupują normalne bilety, my natomiast, postanawiamy nie dać za wygraną i idziemy ze skargą do dyrektora muzeum. Ledwie udaje nam się uzyskać audiencję. Za to, kiedy wreszcie dostępujemy tego zaszczytu, uzyskujemy pełne poparcie i obietnicę pomocy jeśli tylko ktokolwiek w Palmirze znów będzie nam robił problemy. I tak, z ulgowym biletem w dłoniach, zwiedzamy kamienną świątynię, w której wnętrzu, otoczonym korynckimi kolumnami, odbywały się religijne misteria.

Resztę ruin, a w tym imponującą drogę kolumnową, łuk triumfalny, marmurowe łaźnie Dioklecjana, agorę i teatr, zwiedzać można przez całą dobę, nie obowiązują też, na szczęście, żadne bilety.

Na sjestę najlepiej wybrać się do leżącej w połowie drogi między miasteczkiem a ruinami restauracji-oazy. Warto wydać parę groszy, by w przyjemnym basenie móc odpocząć od wrzącego piasku wokół ruin. A po kąpieli genialna w tym klimacie tabula, czyli orzeźwiająca sałatka z pomidorów, ogórków, pietruszki i kaszki przypominającej w smaku kuskus oraz filiżanka słodkiej jak syrop herbatki.

Po południu jeden z pracowników Muzeum Archeologicznego proponuje nam godzinną wycieczkę pickup'em do znajdujących się w pobliżu Palmiry grobowców. Najciekawszym i najlepiej zachowanym jest ogromny, kilkupiętrowy Grobowiec Trzech Braci składający się z ponad czterystu niszy grobowych. Każda z nich zapieczętowana była płaskorzeźbą-epitafium z popiersiem zmarłego. Większość z nich nie zachowała się do naszych czasów lub została wywieziona do Holandii przez pracujące tu holenderskie misje archeologiczne o czym, z goryczą, informuje nas nasz przewodnik.

Dzień żegnamy oczywiście w ruinach, podziwiając słynny palmirski zachód słońca. Dopisuje nam, trzeba przyznać, niecodzienne szczęście. Mamy okazję obserwować pustynną, suchą burzę z ogromnymi, wyjątkowo jasnymi piorunami.

20 lipca

Pierwszą część wizyty w Syrii kończymy w Damaszku. Autobus z Palmiry zatrzymuje się na dworcu Harasta, oddalonym o 6 km od centrum. Do Placu Męczenników, serca miasta, docieramy więc taksówką. I znów czeka nas godzinne poszukiwanie hotelu... Nie jest łatwo, bo dzielnica tanich hoteli przy Placu Męczenników, to jednocześnie dzielnica domów publicznych. Bardzo często podchodząc do hotelowej recepcji spotykamy się z podejrzanymi uśmieszkami lub wręcz odmową wynajęcia pokoju. Pewnie nie wyglądamy na potencjalnych klientów zainteresowanych proponowanymi przez hotel usługami.

Po krótkim odpoczynku ruszamy w pogrążające się coraz bardziej w mroku miasto. Damaszek nocą potrafi oczarować. Oświetlone ciepłym światłem zaułki, stare, kamienno-drewniane domy i zawieszone nad ulicami girlandy zielonych pnączy tworzą niespotykane przez nas dotąd w Syrii wrażenie bajkowej lekkości. Ludzie przechadzający się po ulicach wyglądają na mniej zatroskanych. Wszędzie czuje się atmosferę świątecznej niefrasobliwości.

W jednej ze staromiejskich knajpek postanawiamy spróbować damasceńskiej "lekkości bytu". Raczymy się herbatką i gorącym, potwornie słodkim sokiem malinowym oraz aromatyczną nargilą czyli słynną arabską fajką wodną. Do hotelu docieramy z baaardzo ciężkimi głowami...

21 lipca

Poranek przeznaczamy na załatwienie wszelkich formalności związanych z wizą jordańską.

Po oddaniu hołdu biurokracji ruszamy w trasę po Damaszku. Do morza samochodów, zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Specyfiką Damaszku jest jednak łączenie normalnego na Bliskim Wschodzie miejskiego chaosu ze spokojem sielankowych zaułków. Ruchliwe ulice pełne są żółtych taksówek i samochodów dostawczych, wśród których nieustraszeni wędrowni handlarze przetaczają swe wózki wypełnione świeżymi owocami, orzechami i słodyczami. Wystarczy jednak zboczyć w odchodzące od głównych dróg alejki, by znaleźć się jednej z licznych ślepych uliczek, wśród niemal wiejskiej zabudowy.

I znów pół dnia poświęcamy na to, co w Syrii należy do turystycznego kanonu, czyli buszowanie po bazarze. Damasceński suq al-Hamadiyyeh być może nie zachwyca atrakcyjnością asortymentu, jest jednak z pewnością jednym z najpiękniejszych architektonicznie. Stary, zardzewiały, dziurawy jak sito dach przepuszcza drobne promienie światła. Panujący tu półmrok oświetlany jest przez dwa rzędy kolorowych neonów i wiszące w witrynach sklepów nagie żarówki. Ściany pełne są ciekawych detali architektonicznych. Gdzieniegdzie, nad sklepami, wprost z kamiennych murów, wyrastają drewniane minbary. Jednak najbardziej przyciągającą wzrok wszystkich obcokrajowców ozdobą jest, zwisająca z dachu, ogromna "bombka" udekorowana sztucznymi kwiatami i migającymi lampkami choinkowymi, do której przyczepiono portrety przywódców: zmarłego prezydenta Assada, jego syna - obecnego prezydenta oraz stryja Rifaata - głównodowodzącego armii syryjskiej.

Damaszek to nie tylko dzielnica handlowa. Jego największą atrakcją turystyczną jest, wybudowany w VIII w. n.e., Meczet Umayyadów. Miał on być największym meczetem kiedykolwiek wzniesionym przez człowieka. Rzeczywiście, swym ogromem i architektonicznym skomplikowaniem przypomina miasteczko z parkami i ogrodami. Kilka dziedzińców przygotowuje wiernych do kontaktu z sacrum. Mijając kolejne marmurowe bramy czuje się powagę miejsca, atmosferę modlitwy. Jest to jednak inna atmosfera niż w pobliżu sanktuariów chrześcijańskich. To miejsce kontaktu z Bogiem, a jednocześnie miejsce odpoczynku, dające możliwość chwilowego oderwania się od hałasu miasta, wyciszenia. W ogrodach, podcieniach zewnętrznych dziedzińców, a nawet na miękkich dywanach w sali modlitw, nie trudno dostrzec drzemiących mężczyzn lub plotkujące kobiety. Obok, wokół cieszących się niezwykłym szacunkiem świętych mężów, ubranych w długie białe galabije gromadzą się grupki wiernych w poszukiwaniu natchnienia lub nauki. Meczet wydaje się żyć własnym życiem, odrębnym od codzienności czającej się za jego murami.

W drodze do Meczetu Umayyadów wstępujemy na chwilę do Pałacu Azema. Bogactwo zdobień i misternych detali architektonicznych sprawiają, że pałac jest niemal ucieleśnieniem europejskich wyobrażeń orientalnego przepychu, ukształtowanych na podstawie romantycznej literatury. Zielone, pełne róż i cyprysów patia z marmurowymi fontannami zachęcają do odpoczynku, zwłaszcza podczas południowych upałów. Niestety, w zabudowaniach należących do kompleksu pałacowego mieści się obecnie Muzeum Syryjskiej Sztuki i Tradycji, ukazujące, w podobnie koszmarny sposób jak w Muzeum Etnograficznym w Palmirze, życie dawnej Syrii. Tu czytelnikowi należy się słowo wyjaśnienia. Pisząca te słowa jest etnografem i nieprzychylna ocena syryjskich muzeów etnograficznych nie wynika z niechęci do kultury ludowej w samej w sobie. Te muzea po prostu są koszmarne.

Muzeum Narodowe mieści w swym ogromnym gmachu głównie eksponaty archeologiczne. Jego ogromną zaletą jest naturalny charakter ekspozycji. W muzealnych ogrodach, wystawione zostały antyczne rzeźby oraz fragmenty mozaik. Na ścianach jednego ze skrzydeł umieszczono bardzo dobrze zachowane freski przeniesione z synagogi z Dura Europos. W piwnicach wyeksponowano płaskorzeźby przeniesione z palmirskich grobowców. Wiele z architektonicznych detali, fasad, framug okien i drzwi zostało "wtopionych" w mury, co pomogło nam, archeologicznym laikom, w zrozumieniu ich zastosowań i docenieniu piękna.

I wreszcie, wieczorem, czas na spacer po uliczkach spokojnej dzielnicy chrześcijańskiej, pełnej walących się drewniano-kamiennych domów, zagraconych podwórek i ślepo kończących się zaułków.

22 lipca

Rano, z dworca Baramke, państwowym autobusem Karnak odjeżdżamy do Ammanu. Na granicy żegnamy się z wizerunkami Assadów i witamy nowe, przedstawiające zmarłego w 1999r. króla Husajna oraz jego syna, obecnie panującego, młodego, uśmiechniętego od ucha do ucha Abdullaha II.

Po 4 godzinach lądujemy na dworcu Abdali w Ammanie i znów, w południowym skwarze, z plecakami maszerujemy ok. 2 km do centrum miasta. Po półgodzinnym szukaniu zatrzymujemy się w końcu w dość drogim, ale za to nieskazitelnie czystym Farah Hotel wprost zalanym przez międzynarodowe towarzystwo turystyczne. W porównaniu syryjskimi hotelami, jest po prostu piękny, obsługa sympatyczna i, co najważniejsze świetnie mówiąca po angielsku. Za to ogłoszenia reklamujące organizowane przez hotel wycieczki porażają swą niezamierzoną szczerością, dla przykładu: "Enjoy our exciting and expensive trip"! Cóż, biorąc pod uwagę ceny w hotelu i ceny wycieczek (25JD (ok. 37.5$) za jednodniowy wypad nad Morze Martwe) rzeczywiście niewiele mijają się z prawdą.

Po południu, zachwyceni ilością tanich restauracji, w których spróbować można czegoś innego niż falafel lub kebab i to do tego przy stoliku, z serwetkami i sztućcami (!), z niebywałym entuzjazmem zamawiamy polecanego przez przewodniki fula, czyli pastę z fasoli. Wygląda nieciekawie, smakuje nieciekawie, a właściwie nie smakuje w ogóle, ale za to, w połączeniu z sałatką i chlebem pita, zapewnia przyjemne uczucie sytości.

Po posiłku czas na coś dla ducha, czyli zwiedzanie Ammanu. W sumie nic interesującego, mimo że samo miasto sięga swą historią do czasów biblijnych. Centrum miasta, pełne bardziej lub mniej ekskluzywnych butików, przypomina handlowe dzielnice europejskie z interesującą nutką orientalną w postaci niczym nieuregulowanego ruchu ulicznego i, przewijających się we wszystkich kierunkach, tłumów ludzi. Jedyne atrakcje turystyczne zasługujące na powyższe miano to kompleks rzymskich zabudowań na jednym z wielu ammańskich wzgórz oraz, rozciągający się u jego stóp, rzymski amfiteatr - najbardziej popularne w mieście miejsce spotkań. A wszędzie, wysoko w powietrzu, unoszą się rożnokolorowe latawce.

Żaden budynek w Ammanie nie poraża swym architektonicznym pięknem, atmosfera też jakby troszkę mniej bliskowschodnia, a jednak bardzo przyjemna, jakby przyjacielska. Zwłaszcza kiedy po zmierzchu usiądzie się na chwilę w kolorowej Eco Turist Café, najlepiej na wychodzącym na główną ulicę Ammanu tarasie i, sącząc powoli herbatkę, obserwuje się tętniące nocnym życiem miasto.

23 lipca

O ile sam Amman ma niewiele do zaoferowania spragnionym wrażeń turystom, o tyle jego okolice pełne są wartych odwiedzenia miejsc. Jednym z nich jest antyczne miasto Jerash, oddalone o godzinę drogi autobusem z dworca Abdali.

Pierwsze wrażenie zaraz po wkroczeniu na teren ruin nie zachwyca: masa straganów z pamiątkami, przede wszystkim buteleczkami z kompozycjami usypanymi z kolorowego piasku oraz drogie bilety wstępu (oczywiście, jak w całej Jordanii, brak jakichkolwiek zniżek dla studentów). Zanim jeszcze wejdzie się do ruin, nie sposób się pohamować i nie kupić choćby niepozornego drobiazgu. Skuszeni przez bardzo sympatycznego sprzedawcę, Czerkiesa z pochodzenia, decydujemy się na dwie średnie buteleczki z piaskowymi wielbłądami. Oczywiście, zostajemy obowiązkowo zaproszeni na herbatkę. Sącząc syropowaty płyn, dyskutujemy z naszym gospodarzem o rzeczach banalnych i śmiertelnie poważnych: od kurtuazyjnej wymiany zdań o Jordanii i Jordańczykach, po kwestie dotyczące piekła i raju i deklaracje chrześcijańsko-muzułmańskiego ekumenizmu.

Po godzinnej sjeście przekraczamy wreszcie Bramę Południową prowadzącą do ruin antycznego miasta. Pierwsze historyczne wzmianki o Jerash pochodzą z końca II w. p.n.e., choć znaleziska archeologiczne wskazują, że tereny te zamieszkane były już 2500 lat p.n.e. Czasy największej świetności miasta przypadają na okres kiedy, jako członek Decapolis - ligi skupiającej wolne, rzymsko-greckie ośrodki handlowe, Jerash utrzymywało ścisłe kontakty z Nabateńczykami. Do najciekawszych obiektów pochodzących z tego czasu należy Łuk Triumfalny ufundowany przez mieszkańców miasta na cześć cesarza Hadriana oraz Świątynia Artemidy z obracającą się wokół własnej osi kolumną. W III w n.e., wraz z osłabieniem Rzymu i pogorszeniem handlu na Bliskim Wschodzie miasto zaczęło powoli podupadać. Powolna agonia miasta została ostatecznie przypieczętowana podbojem perskim w 611r., a następnie arabskim w 635r. oraz serią tragicznych w skutkach trzęsień ziemi. Dziś obejrzeć można to, co pozostawiła po sobie burzliwa historia tego regionu - ruiny świadczące o dawno minionym bogactwie.

Do Ammanu wracamy samochodem z przypadkowo poznanym Palestyńczykiem. Już na samym początku "częstuje" nas wizytówką i zaprasza do swojego domu w Jerozolimie - najpiękniejszym mieście na świecie. Przez całą drogę opowiada nam o wojnie, próbując delikatnie wysondować nasze stanowisko w tej sprawie. W pewnym momencie, widząc nasze zainteresowanie tematem, a jednocześnie znikomą wiedzę historyczną, zbacza z trasy, by pokazać nam niewielkie miasteczko zamieszkane przez palestyńskich uchodźców z Wojny Sześciodniowej w 1967r. Nowe, ale wciąż sprawiające wrażenie prowizorki, domy, opancerzone samochody z oznaczeniami Narodów Zjednoczonych na karoseriach, bawiący się z dzieciakami żołnierze, a wokół normalnie toczące się życie... Daleko od Zachodniego Brzegu, więc spokojnie.

Na targu w mamy okazję obejrzeć naszego znajomego w akcji podczas kupowania owoców - niezapomniane widowisko. Najpierw zatrzymuje się przy kilku straganach, próbuje i z cudownie wystudiowanym niesmakiem pyta o cenę. Po chwili podchodzi do kolejnego sprzedawcy i ponownie odgrywa swoje przedstawienie. W końcu, po wysondowaniu lokalnych cen, przystępuje do targowania. Odrzuca wszystkie propozycje, odchodzi o kilka kroków, w końcu łaskawie zgadza się wypić proponowaną przez handlarza herbatę. Po ostatecznym uzgodnieniu ceny, kupuje kilka skrzynek śliwek, granatów, owoców kaktusa i fig. Po załadowaniu ich do samochodu częstuje nas niemal wyrwaną z rąk sprzedawcy herbatą. Na sam koniec wręcza nam kilka plastikowych reklamówek i każe nabrać tyle owoców ile tylko chcemy... A my możemy odwdzięczyć się tylko samoprzylepnym orzełkiem...

24 lipca

Grzechem byłoby być w Jordanii, nie zobaczyć najgłębszej na świecie depresji (400m. p.p.m.) i nie wykąpać się w Morzu Martwym. Niestety, Jordania, w przeciwieństwie do Izraela, nie posiada wybitnie rozbudowanej infrastruktury turystycznej nad Morzem Martwym. Jedyną publicznie dostępną plażą w okolicach Ammanu jest skrawek brudnego piasku należący do Government Resthouse w Suweimeh. Aby tam dojechać należy na dworcu Muhadżerin w Ammanie złapać minibus jadący do South Shuneh zawiadomić kierowcę, że chce się dotrzeć nad Morze Martwe, a ten z pewnością zatrzyma mijany po drodze autobus do Suweimeh, do którego należy szybciutko się przesiąść. Wydaje się skomplikowane, ale w rzeczywistości jest to powszechna, wielokrotnie przetrenowana praktyka.

Cóż można rzec o kąpieli w Morzu Martwym? Z pewnością nie jest to nic przyjemnego, ale spróbować trzeba. Woda jest gorąca, gęsta i, oczywiście, przeraźliwie słona. Wbrew słynnym zdjęciom, wcale nie tak łatwo położyć się na plecach i spokojnie czytać gazetę, sięgając co jakiś czas po dryfującego obok drinka. Słona woda, nie wiedzieć jak i kiedy, dostaje się podstępem do oczu, a wtedy nie pozostaje nic innego, tylko jak najszybciej dostać się do prysznica. Można za to, kąpać się na stojąco (sic!). Zniechęconym bieganiem i nieodpornym na pieczenie pozostaje skorzystanie z kolejnej, tym razem bardzo przyjemnej, atrakcji, jaką oferuje Morze Martwe - błotnej maseczki. Porcja na całe ciało za 2JD może wydawać się dość droga, ale efekt jest rzeczywiście zdumiewający. Już po kilkunastu minutach skóra staje się bardziej gładka, miękka...

W Morzu Martwym nie ma, zgodnie z nazwą, żadnego życia. Za to rozciągająca się wokół Morza Martwego Dolina Jordanu zadziwia swą niezwykłą, jak na Bliski Wschód, urodzajnością. Połacie zbóż, kolorowych kwiatów i zielonych drzew bardziej kojarzą się z południem Europy niż z pustynną Jordanią.

25 lipca

Nadszedł wreszcie czas, by pojechać do długo oczekiwanej Petry. Z dworca Wahadat w Ammanie odjeżdża codziennie kilka bezpośrednich minibusów. Po trzygodzinnej podróży Drogą Królewską autobus dociera wreszcie do słynnego, wykutego w czerwonej skale, miasta, a właściwie do pobliskiej wioski Wadi Musa, obsługującej cały ruch turystyczny w Petrze. Wadi Musa, to właściwie głównie hotele, od bajecznie luksusowych, znajdujących się najbliżej wykopalisk, do tych z najniższego przedziału cenowego. Bez problemu więc każdy znajdzie coś odpowiedniego dla siebie. Trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość i wytrwale szukać. Dość przyjemny i niedrogi (jak na Petrę oczywiście!) jest Petra Gate Hotel, podobnie jak ammański Farah Hotel popularny wśród "międzynarodówki" turystycznej.

Po południu postanawiamy poznać przedsmak tego, co czeka nas jutro, i wybrać się taksówką do Małej Petry (Al-Barid) czyli pozostałości neolitycznej wioski znajdujących się kilka kilometrów od Wadi Musa. Z pewnością mniej imponującego niż słynny "oryginał", ale też wartego odwiedzenia. Szczególnie polecane dla miłośników skalnej wspinaczki. Wspaniale wyżłobionych ścianek jest tu pod dostatkiem, co sprawia, że zabawa w górską kozicę należy naprawdę do wielkich przyjemności. Najlepiej zwiedzić Małą Petrę tuż przed zachodem słońca, a w drodze powrotnej zatrzymać się na chwilę na pustyni by podziwiać przesuwające się po piasku cienie, w momencie gdy słońce znika za najwyższymi wzniesieniami.

26 lipca

Wczesnym rankiem ruszamy w stronę Petry. U bram nabatejskiej stolicy, po przejściu przez kasę, nasze portfele stają się lżejsze aż o 20JD (ok. 30$)! Cóż, za możliwość stąpania po śladach Indiany Jonesa trzeba słono płacić.

Petra to starożytne miasto Nabateńczyków, którzy osiedlili się na terenach dzisiejszej Jordanii ponad 2 tys. lat temu. Ze swej ukrytej w skałach stolicy kontrolowali oni okoliczne szlaki handlowe. W II w. n.e. Cesarz Trajan podbił królestwo nabateńskie i włączył je w granice Imperium. Petra stała się w ten sposób stolicą rzymskiej prowincji Arabii. Był to początek jej końca. Powoli zaczęła znikać z kart europejskiej historii. Do jej ponownego odkrycia przyczynił się szwajcarski podróżnik Johann Ludwig Burckhardt.

Przygoda z Petrą zaczyna się, monumentalnie i tajemniczo - prawie półgodzinną wędrówką przez skalny wąwóz Al-Siq. Wąskie, kręte przejście pomiędzy czerwonymi ścianami skalnymi potęguje niecierpliwość. Działa jak klasyczny filmowy suspence, trzyma w napięciu, zapowiada coś niezwykłego.

Nagle wąwóz urywa się, a zza naturalnej skalnej bramy wyłania się słynny, od czasów Indiany Jonesa, Skarbiec - Al-Khazneh. Jego oświetlona silnym słońcem fasada lśni pełną paletą czerwieni. Osłonięty od wiatru i deszczu królewski grobowiec to jeden z najlepiej zachowanych, wykutych w skale budynków Petry. Według legendy, w jego w kopule znajdować miały się ogromne skarby, stąd wiele śladów od kul, pamiątek po nieudanych szturmach poszukiwaczy antycznych kosztowności. Harrison Ford nie strzelał co prawda do kamiennych ścian, ale to właśnie w Skarbcu znalazł, poszukiwany od wieków, Święty Graal.

Za skarbcem rozciąga się centrum nabateńskiego miasta. Kilkadziesiąt wykutych w skale grobowców o zniszczonych przez deszcz i wiatr, jakby "rozlanych" fasadach. Ich kolory są niesamowite. Dominuje czerwień, ale jej odcienie ułożone są warstwowo, co w efekcie daje wrażenie nieregularnej tęczy o delikatnie rozmytych przejściach między kolorami.

Naprzeciwko królewskich grobowców znajduje się miejski amfiteatr na 7 tys. miejsc. Tuż za nim, obecnie odkopywane przez archeologów, centrum miasta z droga kolumnową, fontannami, świątyniami oraz bizantyjskim kościołem.

I wreszcie, na sam koniec, długa i męcząca wspinaczka po wykutej w skale drodze do Al-Deir - Klasztoru. Jego fasada, podobna do fasady Skarbca, wznosi się na wysokość 45 m. Z trudem wspinamy się po kamiennym murze, a następnie śliskich, skalnych schodkach prowadzących na szczyt wieńczącej budowlę kopuły. Widok może nie zapiera tchu w piersiach, ale samo wejście i spojrzenie z góry na stojących u stóp budowli ludzi, daje dużo satysfakcji.

Petra to jednak nie tylko zabytki i piękne, na pół pustynne, krajobrazy. To także, podobnie jak w Palmirze, tabuny niesamowitych beduińskich dzieci. Kręcą się wszędzie, próbują sprzedać co tylko się da: wodę mineralną, koraliki, kolorowe kamyki jakich pełno dookoła. Cudownie umorusane, z ogromnymi, czarnymi oczami i wysmarowanymi henną koniuszkami palców. Nawet gdy domagają się bakszyszu, robią to w tak ujmujący sposób, że po prostu nie sposób im odmówić.

27 lipca

Dziś, druga po Petrze, najważniejsza atrakcja turystyczna Jordanii, czyli pustynia w okolicach Wadi Rumm. Zrywamy się o 5:30 rano, by zdążyć na jedyny autobus odjeżdżający z Wadi Musa o 6:00 i półtoragodzinnej podróży przez pustynię docieramy wreszcie do osławionej przez Lawrence'a z Arabii beduińskiej osady.

Niestety, ani przy wjeździe, ani później nie spotykamy, tak barwnie opisywanego we wszystkich folderach, pustynnego patrolu. Romantycznych namiotów beduińskich też jak na lekarstwo, mijamy ich po drodze zaledwie kilka. Koczowniczy styl życia, w porównaniu z łatwą egzystencją w miastach, traci coraz bardziej na swej atrakcyjności. Ci, którzy pozostają wierni tradycji wciąż noszą pustynne przewiewne stroje. Na twarzach zwłaszcza starszych kobiet zauważyć można tatuaże. Czarne, grube namioty nadal robione są z wielbłądziego lub koziego włosia, nadal podzielone są na część kobiecą (harem) i męską, będącą jednocześnie częścią gościnną. W tej oazie tradycji nie trudno jednak dostrzec, wcale nie pojedyncze, zwiastuny nowoczesności. Przed prostym namiotem stoi zwykle co najmniej jeden jeep, a w środku, na honorowym miejscu nie brak telewizora czy radia. Zmienia się także, niestety, charakter słynnej beduińskiej gościnności. Kiedyś gwarantowała ona bezpieczeństwo podczas wędrówek po pustyni. Każdy wędrowiec mógł liczyć na jak najbardziej wystawne przyjęcie w napotkanym na swej drodze namiocie. Dziś, gdy pustynia zalana jest przez morze turystów szczere i niezobowiązujące zaproszenie do beduińskiego gospodarstwa należy do rzadkości. Nawet za sam wjazd do Wadi Rumm pobrano od nasz opłatę w wysokości 1JD (ok. 1.5$) od osoby.

Samo Wadi Rumm też nie do końca odpowiada swej romantycznej sławie. Osada składa się betonowego bunkru, w którym mieści się Government Rest House, dziwnie nie pasujący do otaczających go krajobrazów, dwóch sklepów spożywczych, restauracji oraz kilku brzydkich, murowanych gospodarstw. Beduińskie namioty, stada kóz i wielbłądzie karawany spotkać można dopiero kilka kilometrów dalej, na otwartej pustyni.

Po załatwieniu niezbędnych formalności, czyli wykupieniu noclegu na dachu Government Rest House, decydujemy się na, teoretycznie sześciogodzinną, a praktycznie całodzienną, wycieczkę jeepem po pustyni. W osiem osób, razem z poznanymi w Petrze Francuzami i Szwedami, wynajmujemy jeepa wraz z miejscowym kierowcą. Początkowo, trochę zawiedzeni, jedziemy w sznurze podobnych do naszego samochodów, utartym od lat szlakiem T.E. Lawrence'a i nabateńskich inskrypcji naskalnych. Potem, w miarę upływu dnia spotykamy na swej drodze coraz mniej ludzi, atmosfera robi się mniej "turystyczna", bardziej kameralna, przyjacielska.

W południe zatrzymujemy się na dwugodzinną sjestę, z gotowaną na ognisku beduińską herbatką, ciasteczkami i jogurtem. W ramach walki z sennością, nasz niesamowicie sympatyczny szofer, proponuje partyjkę beduińskiej gry. Zasady nie są zbyt skomplikowane, choć chyba nie do końca je rozumiemy. Przypominają znane wszystkim kółko i krzyżyk: w wydrążone w ziemi dziurki wkłada się jasne i ciemne kamyki, a następnie próbuje, podobnie jak w warcabach, zbić przeciwnika.

Po sjeście druga część przejażdżki po pustyni. Widoki są rzeczywiście niesamowite, w niczym nie dobiegają od wzniosłych opisów w folderach. Czerwony piasek, wyrastające z niego jakby "nalane" wzniesienia, kamienne mosty przypominają niemal marsjański krajobraz z klasycznych filmów science-fiction. Gdy wszyscy zamilkną panuje absolutna, dzwoniąca w uszach, cisza. I jeszcze te niesamowite cienie skał na piasku i innych skałach podczas zachodu słońca. Łby wielbłądów, po chwili zmieniające się w inne zwierzęta, smoki i najbardziej fantastyczne potwory. A na koniec noc na dachu pod usianym gwiazdami niebem.

28 lipca

To co najpiękniejsze w Jordanii - wczoraj pustynia, dziś Morze Czerwone. Rannym autobusem przejeżdżamy z Wadi Rumm do Aqaby. W pobliżu dworca, wyjątkowo szybko znajdujemy polecany przez wszystkich Petra Hotel. W recepcji hotelu wykupujemy całodniową wycieczkę łodzią w okolice rafy koralowej. Szumna nazwa "glass boat" jest, być może, trochę myląca. W rzeczywistości łódka ma jedynie malutkie okienko w dnie, przez które można oglądać koralową rafę, porośnięty ukwiałami wrak tureckiego statku oraz, niestety, tony śmieci. Z pewnością jednak warto zafundować sobie taką przyjemność. Podczas gdy w temperatura w Aqabie przekracza 45°C (nie wspominając nawet o przerażającej wilgotności), na łódce czuje się delikatny powiew morskiej bryzy.

Najważniejsze w Morzu Martwym są jednak oczywiście korale - rozciągające się na ogromnej przestrzeni, prawdziwe podwodne ogrody. Różnorodność form, kolorów, faktur zaskakuje. Od niebezpiecznych, iglastych jeżowców, przez twarde, ostre "gałązki", po mięciutkie, gąbkowate "mózgi". Co najważniejsze, są one dostępne właściwie dla każdego. Nie potrzebne są niemal żadne umiejętności nurkowania. Łódka kilkakrotnie zatrzymuje się w najciekawszych miejscach, a wtedy wystarczy jedynie prosta maska z rurką, by swobodnie dryfować na wodzie i podziwiać wznoszące się niemal pod samą powierzchnią morza korale. Trzeba bardzo uważać, by przez przypadek nie zapomnieć się goniąc za ławicą kolorowych rybek i nie skaleczyć się o ostre krawędzie korali. Rany po nich bardzo silnie krwawią, goją się długo i trudno.

W południe sjesta i lunch na plaży. Menu być może niezbyt wyrafinowane: świeżo złowiona, smażona na ruszcie ryba, sałatka i chleb pita, ale za to smaczne i w dużych ilościach.

Po sjeście do naszej łódki dosiada się Amerykanin, student antropologii z Teksasu, zbierający na Bliskim Wschodzie materiały do pracy o stosunkach arabsko-żydowskich. Kilka dni temu przyjechał do Jordanii z Zachodniego Brzegu. Przez miesiąc mieszkał w Ramallah, mieście gdzie walki między izraelską policją a powstańcami palestyńskimi należą do jednych z najcięższych. Ciągłe strzelaniny na ulicach, zamachy bombowe uniemożliwiły mu dalsze badania.

Po Aqabie można też spacerować. Jeśli odwiedzi się już jedyną historyczną atrakcję turystyczną jaką jest XIV-wieczny fort mamelucki, pozostaje długa wędrówka po sklepach. Cała Aqaba to obecnie wydzielona strefa ekonomiczna, gdzie niemal wszystkie punkty handlowe sprzedają swe towary po cenach wolnocłowych. Trzeba jednak uważać by zbytnio się nie rozpędzić z zakupami, bowiem przy wyjeździe z Aqaby każdego czeka przejście przez solidną odprawę graniczną.

29 lipca

Nadszedł czas powrotu. Bez pośpiechu, z wieloma przystankami, ale jednak... Na dachu Petra Hotel żegnamy się z Karolina i Sebastianem. Szczęściarze płyną jeszcze do Egiptu. Przed południem łapiemy w Aqabie autobus do Ammanu i po sześciu godzinach lądujemy na dachu ulubionego Farah Hotel.

Na zakończenie naszej wizyty w Jordanii, zupełnie nieświadomie, wpadamy w drobny konflikt z policją. Chcąc nadrobić zaległości fotograficzne, wybieramy się na nocną sesję zdjęciową po ulicach miasta. W pierwszym interesującym miejscu rozkładamy statyw, przymierzamy, kadrujemy... i już, już mamy kliknąć pierwszą fotkę, gdy podchodzi do nas jakiś mężczyzna i bardzo grzecznie, kilkakrotnie przepraszając, informuje, że musimy iść z nim na komendę policji. Powód? Nie mamy pozwolenia na robienie zdjęć. Kto by pomyślał, że coś takiego jest potrzebne? Posłusznie zbieramy sprzęt i przygotowujemy się psychicznie na uszczuplenie naszych portfeli. Nie zapominamy jednak o konieczności negocjacji. Możeby tak obiecać, że już więcej nie będziemy robić zdjęć? Ku naszemu zdziwieniu, mężczyzna uśmiecha się i wypowiada sakramentalne "O.K." W tym momencie, w kamienicy obok, właśnie tej, na którą przypadkowo skierowaliśmy obiektywy, spostrzegamy komisariat o przeszklonych niemal od podłogi do sufitu ścianach. Cóż, najwyraźniej w czasie wojny palestyńsko-izraelskiej, Jordańczycy boją się zagranicznych szpiegów.

30 lipca

Dzień powolnej i męczącej podróży. Najpierw, kilka godzin czekania na dworcu JETT na autobus z Ammanu do Damaszku. Do Damaszku, na dworzec Baramke, docieramy niestety dopiero wieczorem. Szybko łapiemy taksówkę i, mając nadzieję, że uda nam się jeszcze znaleźć jakiś transport do Aleppo, każemy się zawieść na dworzec Harasta. Po kilku minutach siedzimy już w, złapanym w ostatniej chwili, autobusie. Do Aleppo dojeżdżamy o drugiej w nocy. Całe szczęście, że wiemy jak dojść do Spring Flower Hotel. Choć solidna brama jest już zamknięta, wytrwale czekamy. Po kilku minutach otwiera nam zaspany znajomy Kurd-poeta, którego twarz, na nasz widok, nie wiedzieć czemu, rozjaśnia się szerokim uśmiechem. Dostajemy pozwolenie na skorzystanie z prysznica znajdującego się pokoju obsługi oraz wygodne maty na dachu i już, już oczy powoli nam się zamykają, gdy, nagle, po cichutku, z dachu sąsiedniego, wyższego budynku, wysuwa się głowa jakiegoś głodnego nocnych ("mocnych") wrażeń Araba. I tak zmordowani, pod pięknymi, jasno świecącymi gwiazdami oraz wiszącą nad nami głową, nie wiedzieć kiedy, zasypiamy.

31 lipca

Kolejny dzień naszego marszu na północ. Przez moment rozważamy możliwość krótkiego wypadu do Libanu, ale od przypadkowo spotkanych w Aleppo Polaków dowiadujemy się, że kobiety nie mogą uzyskać libańskiej wizy na granicy. Prawda, czy nie, boimy się ryzykować.

Kupujemy więc bilet do Antakyi, gdzie przesiadamy się w autobus do Alanyi. Szkoda, że ten ostatni odcinek pokonujemy nocą, bo trasa jest przepiękna. Wije się serpentynami pomiędzy wzniesieniami gór Taurus a Morzem Śródziemnym. Jak rzadko gdzie w Turcji jeździ się tu wolno, bo droga, choć malownicza, jest bardzo niebezpieczna.

1 sierpnia

Wczesnym rankiem dojeżdżamy do Alanyi. Wysiadamy z autobusu w samym środku śpiącego jeszcze w najlepsze miasteczka i niemal natychmiast uświadamiamy sobie, że w tym miejscu wszystko się zmienia. Już nie będzie brudu, czasem denerwującego, czasem malowniczego. W przeszłość odchodzą problemy ze znalezieniem zróżnicowanego jedzenia. Skończyły się podróże "ogórkami". A przede wszystkim, nie musimy się już martwić, że będziemy mieć problemy z dogadaniem się. Wydawałoby się, że można się tylko cieszyć, a jednak... będzie nam brakowało dreszczyku emocji, trudności, kłopotów... Przynajmniej coś się działo, trzeba było myśleć, kombinować.

Tu też trzeba kombinować, ale nie jest to już tak interesujące, nie daje tyle satysfakcji. Sprowadza się głównie do długiego poszukiwania najtańszego wariantu. Alanya to bowiem typowo turystyczne miasteczko, oferujące wszystko co turyście może być do szczęścia potrzebne za kosmiczne, niestety, pieniądze. Niegdyś senna, rolniczo-rybacka osada rozwinęła się gwałtownie wskutek ekspansji przemysłu turystycznego w końcu lat 80. W ciągu zaledwie kilku lat, wokół kilkunastu starych gospodarstw przycupniętych u stóp średniowiecznej twierdzy, wybudowano dziesiątki, w większości luksusowych hoteli. Pełno tu identycznych wieżowców, drogich restauracji, sklepów z jak najbardziej europejskimi ciuchami i tłumów plażowiczów, głównie Niemców i Skandynawów.

Jest tylko jedno miejsce gdzie choć przez chwilę można odetchnąć od wszechobecnych tu tłumów roznegliżowanych plażowiczów - resztki starego miasta przycupnięte wokół twierdzy Kale. Droga do niej jest dość męcząca i stroma ale warto się zmęczyć, by choć przez pół godziny móc we względnej samotności pokontemplować piękny widok ze skalistego półwyspu oraz poczuć senną atmosferę małego tureckiego miasteczka sprzed lat. Turystów, którzy w większości pokonują tę drogę taksówkami, spotyka się ponownie dopiero na szczycie, tuż pod samą cytadelą.

W drodze na plażę warto wstąpić choć na chwilę do Damlataş Magarasi, groty Kapiący Kamień, której wyjątkowo wilgotna atmosfera służy podobno chorym na astmę. Stalaktyty i stalagmity są tu rzeczywiście niczego sobie, zwłaszcza, że zadbano o odpowiednie oświetlenie.

Jak w każdej większej nadmorskiej miejscowości tureckiej, na znudzonych plażowaniem, czekają stateczki wycieczkowe, na których pokładzie zwiedzić można wybrzeża półwyspu oraz obejrzeć okoliczne jaskinie. Nie trzeba pewnie wspominać, że nie jest to tania rozrywka.

A gdy nadchodzi wieczór... trzeba przyznać, że w Alanyi trudno się nudzić. Dyskotek, restauracji, kafejek różnego rodzaju jest tu pod dostatkiem. Także spacer główną promenadą miasta może być atrakcją samą w sobie - orgia kolorowych neonów, konkurującej ze sobą muzyki dobiegającej z każdej kawiarenki i sklepu. Trzeba przyznać, że po miesiącu "wstrzemięźliwej" rozrywki arabsko-tureckiej, zapach "zgniłego" Zachodu sprawia dużą frajdę.

2 sierpnia

Trudno nam usiedzieć w jednym miejscu. Jeszcze niedawno obiecywaliśmy sobie, że na śródziemnomorskim wybrzeżu będziemy odpoczywać, leżeć plackiem na plaży, co jakiś czas zanurzając się tylko w cieplutkiej wodzie, tymczasem kilka godzin wystarczyło, żeby się wynudzić. Szybka decyzja i już jesteśmy w autobusie do Antalyi.

Antalya to też kurort, ale, prócz nadmorskiego położenia i podobnie brzmiącej nazwy, z Alanyą ma niewiele wspólnego. To przede wszystkim ogromne miasto, głośne, tłoczne i, o dziwo, bardzo przyjemne. Raczej trudno się tu nudzić: dla zmęczonych i leniwych - kawałek plaży, dla spragnionych rozrywki - kluby, kafejki i kino z bajecznie tanimi biletami ("Mumia 2" po turecku to ciekawe doświadczenie!), a dla romantyków - nadmorska promenada oraz urocze uliczki starej dzielnicy Kaleiçi. Ta ostatnia to nie tylko kolorowe, wymuskane kamieniczki, ale też kilka ciekawych zabytków rzymskich i muzułmańskich, a wśród nich "oryginalny" Kesik Minare, czyli tzw. Ucięty Minaret o płaskim, jakby spiłowanym czubku, przypominający troszkę komin elektrociepłowni. A co najważniejsze i bardzo miłe dla turysty ze skromnym portfelem, najtańsze małe pensjonaty znajdują się niemal w samym centrum starówki, tuż obok rzymskiego portu, obecnie zaadoptowanego na przystań jachtów.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie ciężkie jak ołów, gorące powietrze...

3 sierpnia

Podmiejski park i Yukari Düden Şelalesi, czyli Górny Wodospad Düden daje możliwość odetchnięcia od koszmarnie ciężkiego, wilgotnego powietrza panującego w centrum Antalyi. Sam wodospad jest raczej rachityczny, daleko mu do potężnej kaskady, ale dość malowniczy, a co najciekawsze, można wejść do wnętrza skały, z której szczytu spływa woda i w ten sposób podziwiać wodospad "od środka". Wokół rozciąga się przyjemny park, będący połączeniem ogrodu botanicznego ze skromnym zoo (kaczki i ryby). Wymarzone miejsce na rodzinny piknik, zwłaszcza, że ceny w herbaciarni "pod chmurką" są bardzo przyzwoite, a mnóstwo ławeczek i stoliczków daje możliwość rozłożenia się z własnym prowiantem.

Do Aşagi Düden Şelalesi, czyli Dolnego Wodospadu Düden niestety nie dotarliśmy. Dojechaliśmy, co prawda, do Lara Beach, w okolicach której, strumień Düden wpada do morza, przespacerowaliśmy się po skalistym brzegu, ale nie udało nam się dojrzeć niczego, co mogłoby wskazywać na obecność wodospadu. Najprawdopodobniej jest on widoczny tylko od strony morza, co oznacza, że by go zobaczyć należy wykupić drogą wycieczkę łodzią.

4 sierpnia

Rankiem, po całonocnej podróży, docieramy do Bursy, dość fajnego, autentycznie tureckiego miasta, pierwszej stolicy osmańskiego imperium. I choć czas spędza się tu miło, leniwie, bez gonienia i przepychania się w gęstym tłumie, to interesujących zabytków jest tu raczej niewiele. Pierwsze kroki kierujemy do Ulu Camii, czyli, znajdującego się w samym centrum miasta, Wielkiego Meczetu, uchodzącego za arcydzieło architektury seldżuckiej. Jest on inny niż odwiedzane przez nas dotychczas muzułmańskie świątynie, ogromny, o wyjątkowo jasnym, przestronnym wnętrzu, z szemrzącą fontanną do ablucji, znajdującą się nie na dziedzińcu, a w centralnym punkcie meczetu.

Tuż obok Ulu Camii rozciąga się Bedesten, czyli kryty targ otoczony wąskimi uliczkami, pełnymi rozmaitych sklepików i kawiarenek urządzonych w starych karawanserajach. Mało tu orientalnego hałasu, brudu, bałaganu, za to dużo luksusowych towarów, zwłaszcza wyrobów z jedwabiu, specjalności Bursy.

Bursa, zwiedzana według wytycznych oficjalnego przewodnika, to przede wszystkim miasto grobowców. Jeden z nich, nieoficjalny symbol miasta, Yeşil Türbe, czyli Zielone Mauzoleum, wbrew swej nazwie wyłożone niebieskimi płytkami ceramicznymi, rzeczywiście warto odwiedzić. Ale na tym koniec, jeden wystarczy! Tymczasem w Bursie znajduje się ich co najmniej kilkanaście. Część z nich, zgromadzona w kompleksie Muradiye stanowi niemal odrębną dzielnicę. Co ciekawe, otaczający grobowce królewskie park, to dość dziwny rodzaj cmentarza. Z jednej strony jest to przestrzeń narodowego sacrum, które porównać można z kryptami królewskimi na Wawelu, z drugiej, miejsce piknikowe, z kawiarenkami, grillowaną kukurydzą, i balonikami. Jednym słowem, atmosfera bliska grotesce.

Bursa słynie też z gorących źródeł mineralnych. Leczniczych kąpieli zażywać można w zabytkowych łaźniach znajdujących się w okolicach Muradiye. My, zniechęceni ceną, nie zdecydowaliśmy się na tę przyjemność, choć trzeba przyznać, że przewodnikowe opisy kuszą historycznymi marmurami, fontannami i miękkimi, wyściełanymi kolorowymi poduszkami szezlongamii...

5 sierpnia

Powoli żegnamy się z Turcją. Przed południem wsiadamy w autobus do Stambułu. Po południu ostatnie zakupy na bazarze, ostatni spacer w okolicach Błękitnego Meczetu i Haga Sofii, ostatnia jabłkowa herbatka, ostatnie nocne zdjęcia... Ostatnie, miejmy nadzieję, że nie na długo...

6 - 7 sierpnia

Podróż do Polski. Najpierw autobusem ze Stambułu do Bukaresztu. Następnie cały dzień spędzony w McDonald's na dworcu Gara du Nord. I wreszcie pociąg Karpaty do Warszawy.
 
Aqaba Gulf
Hotel *** AI
Cena: 2249 zł
04.03 - 11.03
Aqaba Gulf
Hotel *** HB
Cena: 2402 zł
15.10 - 22.10
forum JORDANIA
FORUM [JORDANIA]